Próba ponownego zasiedlenia czeskiego pogranicza po II wojnie światowej
W wyniku Układu Monachijskiego w 1938 roku zmuszono do wyjazdu z Sudetów ponad 141 tysięcy osób czeskiej narodowości, ponad 18 tysięcy Żydów i ponad 10 tysięcy niemieckich antyfaszystów.
Po przegranej przez Niemcy II wojnie światowej i wytyczeniu granic czechosłowackiego państwa, niemieccy mieszkańcy zostali zmuszeni do opuszczenia terenów przygranicznych (a także swoich domostw i majątków wewnątrz kraju). Wypędzono około 3 miliony ludzi. Ponad milion z nich osiedlił się w Bawarii. Ludzie ci przeżyli podwójne upokorzenie. Zostali siłą wygnani ze swoich domów, a w Niemczech nikt na nich nie czekał. Byli niechcianym gościem, utrapieniem. W najlepszym przypadku słyszeli określenia, jak „żebracy” lub „cyganie z plecakami”. Nieakceptowani przez otoczenie, tworzyli swoje enklawy. Typowe dla sudeckich Niemców było to, że w pierwszym i drugim pokoleniu żenili się niemal wyłącznie w obrębie swojej grupy.
Wypędzeniu Niemców nierzadko towarzyszyły akty przemocy, pobicia, zabójstwa, rabunki. Po tylu latach faszystowskiego reżimu, represji, ograniczeń, poniżeń i strachu nie istniała siła, która by zatrzymała żądnych zemsty ludzi. Za przyzwoleniem władz czescy żołnierze, policjanci, wieśniacy i robotnicy gwałtem wygnali niemal całą ludność niemiecką, obarczając ją kolektywną winą za całe zło II wojny światowej. Zbiegowie pozostawili po sobie nie tylko domy i zabudowania gospodarcze, ale również hektary pól uprawnych, sady, łąki, pastwiska, bydło, maszyny, warsztaty, sklepiki, młyny, gościńce i inne przedsiębiorstwa. Z Sudetów razem z nimi zniknęły na zawsze ich język, kultura i obyczaje, które pielęgnowali od pokoleń. Na miejsce sudeckich Niemców czechosłowackie władze usiłowały osiedlić ludność czeskiej i słowackiej narodowości. Za pośrednictwem radia i prasy zachęcano ludzi z różnych zakątków republiki i spoza niej, by przybyli na pogranicze. Te same władze, poza składaniem obietnic, nie czyniły wiele, by odbudować infrastrukturę na opuszczonych terenach.
Wzdłuż przygranicznego pasma zaczęli osiedlać się Czesi i Morawianie z sąsiednich gmin, Słowacy z różnych części Słowacji, Słowacy z rumuńskiego Siedmiogrodu, Słowacy z Węgier, Czesi z Wołynia, Czesi i Słowacy z Wojwodiny, Czesi z Austrii, Francji i Belgii, a po 1948 roku również Grecy i Macedończycy. To powodowało poważne problemy w szkolnictwie na poziomie podstawowym. Dzieci mówiły w różnych językach, niektóre w ogóle nie mówiły po czesku. Na pogranicze wysyłano nauczycieli zaraz po studiach, bez doświadczenia. Musieli oni pracować w trudnych warunkach, praktykowali, ucząc w wielojęzycznych klasach. Nowi przybysze różnili się od siebie dialektami, jakimi się posługiwali, nieraz językiem, wyznaniem, zwyczajami oraz sposobem gospodarowania. Co ciekawe, badania socjologiczne wykazują także różnice w sympatiach politycznych poszczególnych przybyszów. Ci pochodzący z terenów republiki byli skłonni popierać ideologię komunistyczną, która wydawała im się atrakcyjna. Natomiast wołyńscy Czesi, z których część miała już okazję doświadczyć „dobrodziejstw” kołchozowego życia, patrzyli z lękiem na rosnącą popularność ugrupowań komunistycznych.
Liczba osób, które wyjechały była znacznie większa aniżeli liczba przybyłych na ich miejsce. Po roku 1945 zanikło około 3000 wsi. Wiele budynków popadło w ruinę, ponieważ nikt w nich nie zamieszkał. W rejonie Šumava nieruchomości niszczały ze względu na obowiązujący tam przez długie lata zakaz wstępu do regionu przygranicznego. Łąki, pastwiska i pola uprawne stopniowo zarastały lasem. W latach sześćdziesiątych, kiedy przyszła moda na domki weekendowe, tak zwane chalupy, letnicy odremontowali wiele drewnianych chat, ratując je przed zawaleniem.
Zasiedleniem pogranicza zajmowało się między innymi Ministerstwo Rolnictwa oraz Urząd ds. Osadnictwa (cz. Osídlovací úřad). Obie instytucje skupiały się głównie na koordynacji przyjazdu ludzi trudniących się rolnictwem. Rozdzielano grunty rolne, kontrolowano sposób i efektywność gospodarowania na nich. Pogranicze było ważne z punktu widzenia rolnictwa, ponieważ znajdowała się tu ⅓ gruntów rolnych czeskich ziem, więcej niż ¾ łąk i pastwisk, większość winnic, więcej niż ⅓ lasów, większość stawów i zbiorników wodnych – łącznie trzy miliony hektarów pól uprawnych i terenów leśnych.
Urzędy nie mogły samodzielnie sprawować kontroli nad tak rozległym obszarem, dlatego powołano funkcję krajowego administratora (národní správce). Ludzie pełniący tę rolę byli zweryfikowanymi, zaufanymi rolnikami. Za należyte wywiązywanie się ze swoich obowiązków byli nagradzani przydziałem ziemi na własność. Urząd ds. Osadnictwa założył, że jeśli 3/4 domostw zostanie zamieszkane, proces osiedlania się będzie można uznać za udany. Taki wynik jednak nie zawsze i nie wszędzie udało się osiągnąć. Winna temu była między innymi wysoka fluktuacja ludności – jedni przychodzili, inni odchodzili. W pierwszej fali migrantów nie zabrakło grabieżców bądź innych żądnych przygód ludzi. Część rodzin wracała tam, skąd przyszła lub kierowała się w głąb kraju, ponieważ odstraszał ich surowy klimat, ogrom pracy, jaki trzeba było włożyć w remont przydzielonego budynku czy z innych pobudek.
Poniemieckie domy, szczególnie te na pogórzu, nie robiły na osadnikach pozytywnego wrażenia. Wprawdzie mieszkało się w nich wygodnie, ale wyglądały ciemno i ponuro. Sudeccy Niemcy lubili w swoich domostwach kombinację czerni, szarości, ciemnej zieleni i brązu, co sprawiało, że dla Czechów pochodzących ze środka kraju, przyzwyczajonych do jasnych, wesołych kolorów, domy te wyglądały upiornie. Wszystko w nich było takie „zbyt niemieckie”. Dlatego też przerabiano oryginalne zabudowania, jak kto potrafił. Domy malowano, w środku kładziono boazerię. Na zewnętrznych ścianach niektórych domów pojawiały się malunki czeskich zamków, rusałek, motywy roślinne – wszystko zależało od fantazji gospodarza.
Pod koniec 1952 roku na terenie pogranicza, w porównaniu z rokiem 1930, żyło ⅔ ludzi. Rozwój wsi i miasteczek był nierównomierny. Najchętniej kierowano się tam, gdzie była dobra infrastruktura, stan budynków mieszkalnych i gospodarczych – zadowalający. Zaobserwowano, że dużym zainteresowaniem osadników cieszyły się przemysłowe regiony północnych Czech, północne Morawy i Śląsk. Ciągle jednak brakowało ludności trudniącej się rolnictwem.
Konieczne były intensywniejsze działania, aby zachęcić ludzi do przybycia na pogranicze. Propaganda komunistyczna, której z pomocą przyszli powojenni artyści, idealizowała zjawisko osadnictwa przygranicznego. Tworzono treści propagandowe, jak na przykład film Osidlujeme pohraničí, wyprodukowany przez Czechosłowacką Wytwórnię Filmową albo film Nástup na podstawie powieści komunistycznego pisarza Václava Řezáča.
W roku 1959 władze zarządziły, aby wyburzyć wszystkie opuszczone i popadające w ruinę budynki. Przedsięwzięciem zajęły się między innymi armia i straż graniczna. Wyburzono ponad 34000 domów i budynków gospodarczych.
Region Doupovské hory na pogórzu Rudawskim zmienił się w wojskowy poligon. W latach sześćdziesiątych armia ćwiczyła tam ataki z lądu i z powietrza przy użyciu ostrej amunicji. Według statystyk z 1991 roku na tym terenie z 2500 domów zostało 102, a liczba mieszkańców zmniejszyła się z 15000 do 616. Z regionu Doupovskich hor zniknęło bez śladu 67 gmin, wsi, osad.
Styl życia w powtórnie zasiedlanych wioskach i miasteczkach różnił się od tego w miejscowościach, w których ludzie żyli od pokoleń. Osadnicy bardzo często nie mieli ze sobą nic wspólnego, socjalizacja była (i do dziś pozostaje) słabsza niż gdziekolwiek indziej. Przybyli interesowali się głównie sobą i losem swojej rodziny. Ludzie, którzy przyjechali na pogranicze z reguły przywozili ze sobą bardzo, bardzo skromny majątek. Nie angażowali się w budowanie wspólnoty, skupiali się przede wszystkim na tym, aby przetrwać w nowym miejscu. Dziennikarz Tomáš Feřtek opisuje ten „stan”: „zawiść, strach przed zmianą, brak zaufania, (...) rozpad struktur. Ziemia bez właściciela wsysa niczym pompa ludzi pozbawionych korzeni; ludzi, którzy są przyzwyczajeni, by raczej przetrwać aniżeli coś wybudować. Przychodzili do opuszczonych miejsc, gdzie nie było niczego, o co by się można było oprzeć; czegoś, co im, błądzącym, pomogło by się odnaleźć. Zostały tu puste domy i duchowa pustka, tak więc oni się do tej pustki przystosowali”. [1] Osadników nie interesowało, co się dzieje wokół nich. Na czeskim pograniczu zorganizowanie czegokolwiek jest bardzo skomplikowane. Brakuje tam bowiem homogenicznej kultury ludowej, tradycji i wspólnej historii.
Minęło wiele lat, ale do dziś widoczne są różnice między wyglądem, standardem życia oraz funkcjonowaniem wsi i miasteczek na pograniczu a tych wewnątrz republiki. Przykładowo na południowych Morawach mieszkańcy obchodzą wspólnie święta winobrania, gody, mięsopusty, rocznice. W Sudetach i na Szumawie brakuje tej spójności, ciągłości. Podobne zjawisko można zaobserwować w Polsce – inaczej kultura ludowa, wspólnota, pochodzenie i tożsamość są manifestowane na Górnym Śląsku, Podhalu czy w Beskidach, a zupełnie inaczej na Ziemiach Odzyskanych. Zastanawia mnie, jaką drogę obierze pogranicze, jak będzie wyglądać i funkcjonować za 50, 100 lat. Jest to ciekawy temat do badań i obserwacji dla następnych pokoleń.
Korekta: Angelika Niewiadomska
Przypisy:
[1] Zmizelé Sudety, Petr Mikšíček, 2006, Nakladatelství Českého lesa – Zdeněk Procházka. str.26
Katarzyna
Satława
Lektorka, tłumaczka, etnolożka. Absolwentka anglistyki na Uniwersytecie Śląskim oraz podyplomowych studiów kultury regionów na Uniwersytecie Jagiellońskim. Autorka książki Bohaterowie i zbrodniarze. Politycy i wojskowi, którzy odegrali kluczową rolę w wojnie w byłej Jugosławii.