Ogrodnik i śmierć - recenzja najnowszej książki Georgiego Gospodinowa
Widzę: „Premiera nowej książki Gospodinowa w Janet45”, myślę: „Biorę!”. Kilka miesięcy temu postanowiłam, że każdą kolejną książkę napisaną przez niektórych autorów będę po prostu kupować w ciemno. Zaufam im. Bez czytania zapowiedzi, fragmentów i recenzji. Georgi Gospodinow i tym razem mnie nie rozczarował. Jest to książka trudna do opisania i zrecenzowania. Bo jak można oceniać, w jaki sposób ktoś opisuje swoją żałobę? Bowiem właśnie o tym jest ta wspaniała książka. O żałobie, o stracie, o efemeryczności, o przemijaniu, codzienności, wspomnieniach i o zwykłym życiu.
Widząc w tytule „śmierć”, spodziewałam się, że nie będzie to radosna, lekka lektura. Kto by się tego spodziewał po Gospodinowie? Już po pierwszych słowach wiadomo, że z każdą kolejną stroną będziemy zanurzać się w okropnej, ciężkiej opowieści o stopniowym umieraniu ojca autora. Staje się to jasne już na początku – wiemy, jaki będzie finał tej opowieści. Jednakże, czy będzie dla was zaskoczeniem, jeśli równocześnie powiem wam, że książka jest przepiękna? Gospodinow po raz kolejny splata wręcz przeciwstawne emocje w piękny warkocz opowieści. Książka jest jednocześnie trudna i lekka, okropna i cudowna, smutna i radosna, brzydka i wspaniała, wyciskająca łzy i wywołująca ciepły uśmiech, rozdzierająca i kojąca.
Narracja przeskakuje przez różne etapy życia autora i jego ojca. Nie ma jednej stałej osi. Widoczny jest tylko jeden cel opowieści – śmierć. Wypełniona jestem głębokim szacunkiem do autora, cenię to, że obnażył swoje intymne przeżycia z żałoby i radzenia sobie z nią. Bo tym właśnie wydaje się ta książka – sposobem na poradzenie sobie z tym że ojca, który jeszcze wczoraj czytał gazetę i pił łyk wody przez słomkę, już nie ma. I nie będzie. Nie będzie w tej formie ludzkiej, ale zostanie pamięć o nim.
Nie od dziś wiadomo, że głównym celem wielu osób jest zostać nieśmiertelnymi. Na razie nikomu się to nie udało w formie humanoidalnej, jednak wielu wystarcza choćby zostanie żywym w czyjejś pamięci. Ojcu autora nie zależało na wiecznym życiu. Zależało mu przede wszystkim na jego ogrodzie, w którym pracował do końca swoich możliwości i to dosłownie. Właśnie ogród stał się wyznacznikiem zdrowia i sprawności oraz główną osią opowieści. „Mój ojciec był ogrodnikiem. Teraz jest ogrodem” – to pierwsze zdanie pierwszego rozdziału i kwintesencja całego dzieła. Ojciec zajął się ogrodem na wsi, jak wielu przed nim. Przelewał, przesypywał, przekopywał swoje życie i siły witalne w ziemię i rośliny. Dał swoje życie i dosłownie przekazał je ziemi. Stał się ogrodem. Wyszeptał i wymienił się, z ogrodnika stał się ogrodem... Nie jest to metafora opierająca się na ostateczności, w stylu „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. To pełna wdzięczności i nadziei opowieść o zaklęciu „ducha” w roślinach, które odrodzą się, mimo tego, że my już nie.
Oszukam Was, jeśli napiszę, że nie zalewałam się łzami na prawie każdej stronie. Ale były to łzy wzruszenia, nie zaś smutku. Nadzieja, która została we mnie nomen omen zasiana, powoli kiełkuje. Nie zdawałam sobie sprawy, że można opisać śmierć i żałobę w sposób tak piękny, prosty i niepodniosły jednocześnie. Przeczytanie tej książki było nie lada wyzwaniem emocjonalnym, ale zdecydowanie wartym spuchniętych powiek, gdyż katharsis, które czai się na końcu, naprawdę ukoi wszelki żal i tęsknotę.
Korekta: Angelika Niewiadomska
Marta Krasimira Holc
Antropolożka kultury łącząca wykształcenie biologiczne i społeczno-humanistyczne. Głównymi obszarami zainteresowań są tematy związane z relacjami ludzi ze środowiskiem, krajobrazem, etnobiologia, migracje, relacje międzykulturowe oraz szeroko rozumiana kultura i polityka Bałkanów i Kaukazu. Od prawie dekady dzieli swoje życie między rodzinną Bułgarią i Polską, a także Gruzją. Prowadzi profil Sakartveloved. Współtworzy Festiwal Kina Gruzińskiego Gamardżoba Kino, działa w Językach Kaukazu i jest redaktorką Smokiniaty.