Troska czy kaftan bezpieczeństwa? O cienkiej linii, której lepiej nie przekraczać
Troska. Słowo-wytrych, słowo-plaster, a czasem – słowo-knebel. W idealnym świecie, o którym lubią pisać poeci i twórcy reklam płynów do płukania tkanin, troska jest ciepłym kocykiem w zimowy wieczór. Jest kubkiem herbaty podanym bez pytania i pytaniem „jak się czujesz?”, na które ktoś faktycznie chce usłyszeć odpowiedź. Ale my nie żyjemy w reklamie. Żyjemy w rzeczywistości pełnej paradoksów, gdzie pod płaszczykiem „chcę dla ciebie dobrze” odbywa się czasem regularna aneksja cudzej suwerenności.
Niestety, granica między troską a kontrolą jest cieńsza niż nam się wydaje. I bardzo często przekraczamy ją w pełnym biegu, z uśmiechem na ustach i sztandarem „Miłości” lub „Profesjonalizmu” w dłoni.
Laboratorium codziennych patologii
Wyobraźmy sobie sytuację. Niedzielny obiadek u rodziców. Klasyka gatunku. Siedzisz przy stole, masz trzydzieści kilka lat, własne mieszkanie (lub kredyt na nie), pracę, może nawet zarządzasz zespołem ludzi albo projektami wartymi miliony. I nagle słyszysz: – Zjedz jeszcze ziemniaczka, mizernie wyglądasz. – Mamo, dziękuję, najadłam się. – Ale co ty mówisz, przecież nic nie zjadłaś! Ty się wykończysz tą dietą, ja ci nałożę. I PLASK. Ziemniak ląduje na talerzu.
Brzmi niewinnie? Przecież mama się „troszczy”. Chce nas nakarmić. To atawizm, biologia, miłość. A jednak, gdy rozłożymy to na czynniki pierwsze, zastanawiamy się, co tu zaszło? To nie była troska o Twój poziom glukozy. To był komunikat: „Nie ufam twojej ocenie własnego głodu. Ja wiem lepiej, co czuje twój żołądek. Twoja autonomia w zakresie podstawowej czynności fizjologicznej jest nieważna wobec mojej potrzeby bycia Karmicielką”.
Troska pyta: „Czy jesteś głodna?”. Kontrola stwierdza: „Jesteś głodna”.
Idźmy dalej, w rejony korpo-świata, który znam aż za dobrze. Masz szefa. Nazwijmy go Markiem. Marek jest „nowoczesnym liderem”, przeczytał trzy książki o empatii w biznesie i cztery o zarządzaniu turkusowym. Marek bardzo chce być pomocny. Więc Marek pisze do Ciebie o 9:15: „Hej, jak tam projekt X? Dajesz radę?”. Odpisujesz, że tak, pracujesz nad tym. O 11:30 Marek podchodzi do biurka: „Słuchaj, pomyślałem, że może potrzebujesz wsparcia z tym Excelem, bo tam są skomplikowane formuły. Może rzucę okiem, zanim wyślesz?”. O 14:00 Marek wysyła maila (z CC do połowy zarządu): „Dorzucam kilka moich przemyśleń do twojego draftu, żebyś nie musiała się męczyć z wymyślaniem koła na nowo”.
Marek myśli, że jest Złotym Mentorem. Że zdejmuje Ci ciężar z barków. A Ty czujesz, jak powoli zaciska Ci się pętla na szyi. Bo Marek wcale nie oferuje wsparcia. Marek leczy swój lęk. Boi się, że jeśli puści kierownicę choć na milimetr, samochód (czyli firma) wjedzie w drzewo. Jego „troska” to w rzeczywistości sygnał: „Uważam, że jesteś niekompetentna/y, a przynajmniej mniej kompetentna/y ode mnie, więc muszę cię nadzorować, żebyś niczego nie zepsuł/a”.
To jest właśnie moment, w którym troska mutuje w mikrozarządzanie. Prawdziwa troska w pracy to danie narzędzi, zaufania i powiedzenie: „Jestem tu, jakbyś walnął głową w mur. Ale dopóki nie walisz, ufam, że idziesz dobrą drogą”. To jest ta moja szorstka opiekuńczość. Patrzę, czy nie toniesz, ale nie trzymam Cię za rękę, jak pływasz w brodziku.
Filozofia „Naprawiania” vs Filozofia „Bycia”
Tu dochodzimy do conundrum. Dlaczego tak łatwo mylimy te pojęcia? Myślę, że problem leży w naszej instynktownej potrzebie „naprawiania”.
Kiedy widzimy kogoś bliskiego – partnera, dziecko, przyjaciela – w stanie dyskomfortu, włącza nam się tryb inżyniera (przepraszam wszystkich inżynierów, wiem, że macie też dusze!). Widzimy błąd w systemie. Widzimy smutek, stres, zagubienie. I nasza „troska” każe nam natychmiast ten błąd usunąć. – Nie smuć się, będzie dobrze. – Zrób tak i tak, a problem zniknie. – Ja to załatwię za ciebie.
Czy to jest złe? Teoretycznie nie. Ale filozoficznie rzecz ujmując – to jest akt agresji. Odbieramy drugiemu człowiekowi prawo do przeżywania jego własnego procesu. Traktujemy go jak zepsuty toster, a nie jak autonomiczną jednostkę, która ma prawo do bycia „nieogarniętą” przez chwilę.
Prawdziwa troska to umiejętność towarzyszenia. To powiedzenie: „Widzę, że jest ci ciężko. Jestem obok. Jak będziesz chciał/a pogadać albo pomilczeć, to jestem. Ale nie będę ci wyrywać kierownicy z rąk, bo to twoje życie”.
To jest clou programu. Troska często wymaga od nas powstrzymania się, a nie działania. Wymaga schowania swojego ego („ja bym to zrobiła szybciej/lepiej”) do kieszeni.
Hipoteza: Białe Rękawiczki Kontroli
Jest taki rodzaj kontroli, który jest wyjątkowo perfidny, bo ubiera się w najpiękniejsze szaty. Nazywam go „kontrolą w białych rękawiczkach”. To te wszystkie sytuacje w związkach, gdzie słyszymy: – Kochanie, nie idź tam, martwię się o ciebie. – Zainstalujmy sobie lokalizację w telefonach, to dla bezpieczeństwa. – Nie spotykaj się z tą koleżanką, ona ma na ciebie zły wpływ, ja tylko chcę twojego szczęścia.
To jest moment, gdzie troska staje się więzieniem o miękkich ścianach. Partner/ka staje się strażnikiem. I najgorsze jest to, że trudno z tym walczyć. Bo jak powiesz „nie”, to wychodzisz na niewdzięcznika. „Przecież on/a tak się stara!”. To jest manipulacja emocjonalna level master. Druga osoba uzależnia nas od swojej „pomocy” i „ochrony”, powoli odcinając nas od własnej sprawczości. To nie jest partnerstwo. To jest symbioza pasożytnicza.
Dane wejściowe do zdrowej relacji
Więc gdzie leży ta granica? Jak odróżnić, czy ktoś o nas dba, czy próbuje nas sformatować pod swoje oczekiwania? Dla mnie kluczem jest słowo AUTONOMIA.
Troska szanuje „NIE”. Jeśli mówię „nie jestem głodna”, a ty zabierasz talerz – to jest troska (akceptacja mojego stanu). Jeśli nakładasz mi ziemniaka – to kontrola.
Troska pyta o potrzeby. „Czego potrzebujesz?” zamiast „Wiem, co jest dla ciebie dobre”.
Troska wzmacnia, kontrola osłabia. Po spotkaniu z troskliwą osobą czujesz się silniejszy/a („dam radę”). Po spotkaniu z kontrolującą – czujesz się jak dziecko we mgle („bez niego/niej zginę”).
Jestem matką nastolatki (prawie). Mój poziom lęku o nią czasem wywala poza skalę. Moja wyobraźnia (typ Wizjoner/Badacz, dziękuję bardzo) podsuwa mi scenariusze rodem z Final Destination. Najłatwiej byłoby ją zamknąć w wieży. Sprawdzać telefon. Wybierać jej znajomych. Ale wiem, że moim zadaniem nie jest uchronienie jej przed każdym upadkiem. Moim zadaniem jest nauczenie jej, jak się wstaje i opatrzenie kolana, JAK już się wywali. To jest cholernie trudne. To wymaga walki z własnymi demonami. Ale alternatywą jest wychowanie kaleki życiowej.
Puenta: Niezbędny składnik (Mimo wszystko)
Czytając to, można dojść do wniosku, że najlepiej dać wszystkim święty spokój i nie ingerować. Żyć w izolowanych bańkach. Ale to też nie jest rozwiązanie. Bo mimo tych wszystkich patologii, nadinterpretacji i „niegodnych inżyniera” zachowań – troska jest nam niezbędna jak tlen. Jest podstawową cechą dobrze funkcjonującego stada, rodziny, społeczności.
Bez troski jesteśmy tylko zbiorem atomów odbijających się od siebie bez celu. Potrzebujemy kogoś, kto zauważy, że „płoniemy” (metaforycznie lub dosłownie – pozdrawiam Standardowych Podpalaczy). Potrzebujemy kogoś, kto zapyta „czy żyjesz?”, gdy znikamy na dwa dni. Potrzebujemy kogoś, kto poda herbatę, gdy mamy 39 stopni gorączki i majaczymy.
Chodzi tylko o kalibrację. O to, żeby nasza troska była odpowiedzią na potrzeby DRUGIEJ strony, a nie sposobem na rozładowanie NASZEGO lęku.
Więc troszczmy się. Dziką, mądrą, szorstką miłością. Pytajmy. Słuchajmy odpowiedzi. I na litość boską – nie dokładajmy ziemniaczków, jak ktoś mówi, że się najadł.
Korekta: Angelika Niewiadomska
Alicja Złotkowska
Autorka tekstów dla dzieci i dorosłych. Pasję pisania splata z tematami technologii, AI, robotyki i wirtualnych światów. Chętnie zestawia ponadczasowe wartości z nowoczesnością. Zawodowo od lat związana jest z marketingiem internetowym – łączy kompetencje językowe z praktyką pracy w mediach cyfrowych. Prywatnie – dumna mama, miejska uciekinierka, która ceni życie blisko natury i zwierząt.
www.zloteliterki.pl
www.facebook.com/zloteliterki
www.instagram.com/zloteliterki