Wieniec sonetów

I

Jutru Słoweńców wieszcz twój wieniec plecie:

w nim się piętnaście sonetów tak łączy, 

że  m a g i s t r a l e, mistrz nad resztą pnączy,

zgadza melodje ich pięciokroć trzecie.

Z niego pieśń w każdym dźwięcząca sonecie

kolejno spływa — weń się znów przesączy;

następna tam brzmi, gdzie poprzednia kończy;

wieniec poezji rówien jest poecie:

Źródłem wszech myśli jest jedno kochanie,

a choćby nocą chwilkę zadrzémały,

zbudzą się, skoro ćmę przetnie świtanie.

Tyś magistrale méj ziemskiéj kabały;

on głosić będzie, gdy mnie już nie stanie,

uczczenie ran mych, pamięć twojéj chwały.

II

Uczczenie ran mych, pamięć twojéj chwały

ma on Słoweńcom głosić w przyszłéj dobie,

gdy mnie wyrośnie mech na wczesnym grobie,

a tam niniéjsze męki będą spały.

Gdyby tych piosnek brzmienie posłyszały

dziewczęta jak ty pyszne w swéj nadobie,

to kłam zadając dumnych serc chorobie, 

miłości szczeréj wzgląd by okazały.

Gdy się Kraińcom niebo wypogodzi,

gwiazdy przychylniéj będą im jaśniały,

wymowniéjszą się pieśń zaśpiewać zgodzi;

kto wie, czy między temi, co zostały,

moje nie będą, wszak dla przyszłej młodzi

latorośl z serca mego w świat wydały.

III

Latorośl z serca mego w świat wydały,

co o swych mękach milczeć już nie może;

jestem jak piewca ów, co Leonorze

złożył esteńskiéj sławną pieśń pochwały:

jeżeli usta miłość przemilczały,

która mu śćmiła lat młodzieńczych zorze,

bo jéj nadziéi brakło ku podporze,

przecież ją pieśni skrycie obnażały.

Ja wciąż się w ogniu pożądania prażę,

a przy grożącym spojrzeń twych sztylecie

język mi wiąże bojaźń, że cię zrażę.

Zaraz goryczy, co to serce gniecie,

dawno tajone zjawią nam bagaże

improwizacje o rzęsistym kwiecie.

IV

Improwizacje o rzęsistym kwiecie

odsłonią wszystko, co się w piersiach skrywa.

Dziś moje serce to ogród i niwa,

w którą elegji ziarno miłość miecie. 

Tyś ich jest słońcem! A w pobliskim świecie

nie siejesz blasków, łuno urokliwa,

w teatrze, w parku schadzko popłochliwa,

nie śród tancerzy zwartych w menuecie.

Ilekroć w miasto puszczę się, bo płonę

żądzą ujrzenia ciebie, nigdy przecie

nie jawi mi się piękno zamarzone…

Łzę ronię na myśl o miłéj kobiecie, 

marne więc pieśni w twoję cześć złożone:

im obce kraje, gdzie słońce lśni w lecie.

V

Im obce kraje, gdzie słońce lśni w lecie,

gdzie się twe oczko cieszy z traw kobierca,

gdzie wszelką troskę wzroczek twój uśmierca,

wszystek ból ginie na zapomnień mecie;

gdzie jest wesele u wszystkich w zalecie,

gdzie utrapienie trzewi już nie zwierca,

gdzie pieśń wytryska z obfitości serca,

by z niém w pogodnym złączyć się duecie.

Gdzie się szlachetny kłos obficie żenie

spod ros miłości czystéj wybujały

jak liść zbudzony przez wiosenne tchnienie —

nie z tych są krain pieśni twojéj chwały;

aby spuściła wiosna pocieszenie

zefirów błogich, cały rok czekały.

VI

Zefirów błogich cały rok czekały,

od ciebie, dziewczę drogie, chociaż próżne,

próżno błagając o skromną jałmużnę

miłéj bożycom, ożywnéj pochwały.

Strwożone były, byś ty, by nie miały

Słowenki, piosnki Niemców znając różne,

pogardzić temi, bo, ojczystém dłużne

Parnassom ród swój, czego nie dostały.

Nasze kameny, wzgardzone boginie,

w osamotnieniu żałobę cierpiały,

gdy cudzoziemki motłoch czcił w Krainie.

Kwiatuszki naszych poezji się stały

jak rzadkie róże na śnieżnéj wyżynie:

pod nimi wiekiem utwardzone skały.

VII

Pod nimi wiekiem utwardzone skały,

jak struny, które niegdyś do wibracji

budził Orfeusz, aż lud dzikiéj Tracji

spod Hemu, Rodop w krąg oczarowały.

Gdybyż niebiosa łaskę okazały!

By, iżby zbudził Kranj nasz ze stagnacji,

a zatém każdy ród słoweńskiéj nacji,

Orfea z pieśnią rodzimą posłały!

Niech sprawi, byśmy kraj na względzie mieli,

w narodzie niecnéj pokój da podniecie,

by się Słoweńcy wszyscy wraz objęli!

Niech słodycz w każdym śpiewana kuplecie

wszelki spór zgładzi, niech się znów weseli

roztoka mroźna, gdzie wyją zamiecie!

VIII

Roztoka mroźna, gdzie wyją zamiecie,

nam za ojczyznę była, ach, Samonie!

Przepadł twój duch, wiatr nad mogiłą zionie,

lecz nie dba o to córek twoich dziecię;

przez swary ojców nędzneśmy dziś kmiecie

pod Pepinowém jarzmem, a kraj płonie: 

boje Witowca, tureckie pogonie,

rabacji krwawych drugie tysiąclecie.

Że nam żyć przyszło w hańb i zgryzot czasie, 

to, gdy ich dzieła godne nie budziły,

skąd się nam wyznać o swych pieśni krasie?

Czego czas długi nie starł jeszcze w pyły, —

co róż nam rośnie na młodym Parnassie, —

inszego nic — łzy, jęki je żywiły.

IX

Inszego nic, łzy, jęki je żywiły:

róże, co z mego Parnassu się sieją; —

łezki z miłości do ciebie goreją,

a przez ojczyzny miłość się sączyły.

Natrętne myśli, że Słoweniec miłéj

matki nie kocha, choć on jéj nadzieją;

że twe usteczka zawsze mię wyśmieją —

goryczą serce moje napełniły!...

Żądzą natchnęły zapewnić wieczysty

splot naszych imion w wyciśniętém piętnie

na miło brzmiącéj piosence ojczystéj;

żądzą Słowenję zbudzić dokumentnie,

by szczęścia zorze zdarły całun mglisty;

moc im wzejść dały, te zaś wzeszły — smętnie…

X

Moc im wzejść dały, te zaś wzeszły smętnie,

jak kwiat niewczesny spod białéj narzuty

wyjrzy zwiedziony przez słoneczny luty,    

bo się dni młode śmieją doń zachętnie,

lecz rychło główka nieszczęśliwa zwiędnie

i mgłę przygnają nawałnicy knuty,

z nieba opadnie szadź i szron zatruty,

pole z wyżyną śnieg pokryje skrzętnie.

Błysnęło słońce urody wspaniałéj,

spojrzenia twego piłem promień miły,

pędy miłości wnet wykiełkowały;

promienie słońca wszakże je zmamiły,

ażeby rzucić na pastwę nawały

igraszką tylko chłodu i złéj siły.

XI

Igraszką tylko chłodu i złéj siły

mógł je znać pieśniarz, który na twe uszy

miód leje, choć w nim rozpacz wolę kruszy:

Erynje wszystkie z dawna go dręczyły.

Jak Orest, wszedłszy w chram Dyany miłéj,

odzyskał zdrowie dla zbłąkanéj duszy,

tak by z twą łaską po długiéj katuszy

wytchnęły piersi, lica się zjaśniły.

Lecz mrzonką tylko, co się długo nie śni, 

była nadziéja — ta błysnąwszy mętnie,

zgaśnie — swój uścisk silniéj noc zacieśni. 

Że odtąd serce biło beznamiętnie, 

to jak by jasne miały być te pieśni! 

Co to? Ich blade kwiecie wnet uwiędnie!

XII

Co to? Ich blade kwiecie wnet uwiędnie,

a rzadkie, wątłe, nic mu na obronę.

Tak rumowiska chatyn zapuszczone

kwiaty porosną czasem, przecież smętnie,

bo gęstwa pokrzyw głodzi je: doszczętnie

bezecnych zielsk są zwałem zadławione;

lecz gdy w ogrodzie na grzędy zielone

ktoś je przesadzi, kwitną nieprzeciętnie!

Przy tobie, serca mego cesarzowo, — 

przy swoim słońcu, — równie by zdobyły

siłę wzróść pędy wydane przez słowo;

gdy zechcesz, by się z nich róże zrodziły,

co radość zwieszczą z podniesioną głową,

ówdzie im poślij z oczek promień miły.

XIII

Ówdzie im poślij z oczek promień miły —

tu niech oglądam lice twe wyborne!

Jemu królestwo ciemności pokorne

i wichry przed niém będą się korzyły.

Spadną kajdany trosk, co mię trapiły,

runie z łoskotem żelazo toporne,

przez wspomożenie twoje zaś podporne

rany bez blizny będą się goiły.

Słońce znów wzejdzie nad mą chmurną twarzą,

w serce nadziéja wstąpi permanentnie,

usta me słodko jak nigdy zagwarzą,

zabije serce znów nieobojętnie:

w niém pąki wierszy, co mu tyle ważą,

wtenczas wypuszczą nowy kwiat, a chętnie.

XIV

Wtenczas wypuszczą nowy kwiat, a chętnie,

jak róże, kiedy minie zima chuda

i wiosna wkoło obnosi swe cuda,

po drzewach w sadzie bielą się odświętnie.

Słońce w ul pszczółkom zaświéci ponętnie,

na zórz spotkanie pastuszek się uda,

w krzewinach zabrzmi słowicza etiuda,

wzruszy się życie w serc radosnym tętnie!

Och, a że nie są dosyć wyszukane,

więc o te wiersze już się lękam, że cię

znużą, i serce czuję rozedrgane…

Daj, niech się pławią w łaski twéj oświecie!

z nich to, by zgładzić swą piekącą ranę,

jutru Słoweńców wieszcz twój wieniec plecie.

Magistrale

Jutru Słoweńców wieszcz twój wieniec plecie:

Uczczenie ran mych, pamięć twojéj chwały;

Latorośl z serca mego w świat wydały

Improwizacje o rzęsistym kwiecie.

Im obce kraje, gdzie słońce lśni w lecie,

Zefirów błogich cały rok czekały:

Pod nimi wiekiem utwardzone skały,

Roztoka mroźna, gdzie wyją zamiecie.

Inszego nic — łzy, jęki je żywiły,

Moc im wzejść dały, te zaś wzeszły smętnie

Igraszką tylko chłodu i złéj siły.

Co to? Ich blade kwiecie wnet uwiędnie!

Ówdzie im poślij z oczek promień miły,

Wtenczas wypuszczą nowy kwiat, a chętnie.

Korekta: Angelika Niewiadomska


France Prešeren (Franciszek Preszeren - ur. 3 grudnia 1800 r. w Vrbie, zm. 8 lutego 1849 r. w Kranju), był słoweńskim poetą romantyzmu. Jest twórcą między innymi słów hymnu Słowenii „Zdravljica”. Uznaje się go za najwybitniejszego poetę w historii literatury słoweńskiej oraz jedną z ważniejszych postaci poezji europejskiej XIX wieku.


Przemysław Podleśny

Absolwent informatyki na Uniwersytecie Warszawskim oraz studiów z języków ugrofińskich na Uniwersytecie w Tartu, obecnie student przekładoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pasjonat języków rozmaitych i literatur mniej oczywistych, przekłada w ramach dzielenia przez mnożenie. Członek (kandydat) Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, autor bloga przekładowego pt. „Bieryktonni”, teksty publikował m.in. w „Świecie Inflant”, „Przeglądzie Bałtyckim” i „Stronie Czynnej”.

Previous
Previous

Po co ten przekład?

Next
Next

Granica między człowiekiem a naturą – ekokrytyczna analiza noweli Mor Đura Sudety